Wycieczka do Paryża
Było dość ponuro. A kiedy, na wieść o opóźnieniach, wszyscy zsunęli z nosów "różowe okulary", zrobiło się zupełnie szaro. Wyjazd przesunął się o pięć godzin. Jakby na to nie spojrzeć, dostaliśmy od losu mały bonus w sam raz na szczegółowe sprawdzenie zawartości walizek i ewentualne dopakowanie trzeciej pary spodni czy dziewiątej pary "awaryjnych" skarpetek.
Wyjechaliśmy już po zmroku. W Kołbaskowie wykonaliśmy ostatnie telefony, bez konieczności aktywowania roamingu, i po raz ostatni skorzystaliśmy z toalety, nie płacąc centami. Przekroczyliśmy granicę. Przejazd przez Niemcy zdawał się trwać dosłownie kilka chwil. Pewnie dlatego, że większość czasu wszyscy drzemali.
Kiedy mijaliśmy tablicę z napisem "FRANCE", nikt już nie spał. Zmęczenie i poczucie dyskomfortu, towarzyszące długiej podróży, szybko ustąpiły miejsca ogólnej ekscytacji. Tym bardziej, że zapowiadał się przepiękny dzień. Słońce prażyło z całych sił, a przez nielegalnie uchylony szyberdach wpadał orzeźwiający wiaterek, mierzwiący, i tak już rozczochrane po całej nocy, włosy. Przewodnik zapowiedział, że zbliżamy się do Szampanii.
Pierwszym punktem wycieczki było prześliczne miasto Reims z katedrą Notre-Dame de Reims, która zachwycała swoją gotycką, niesamowicie zawiłą i kunsztowną formą. Miasto samo w sobie również było cudowne. Bardziej niż sam Paryż oddawało klimat Francji, choćby ze względu na to, że można było tam spotkać rodowitych Francuzów z krwi i kości (w Paryżu przeważali raczej Niemcy, Anglicy, Hiszpanie i Koreańczycy). Wizytę w Reims uświetnił, jakże miły dla wypełnionego ciastkami i żelkami żołądka, obiad. Wizyta w restauracji okazała się małą lekcją francuskiego- w końcu ciężko byłoby porozumieć się z obsługą na migi. No, może dalibyśmy radę "dogadać się" w kwestii kurczaka, ale jak gestami pokazać stek lub rybę? Tak więc nauczono nas wymowy trzech słów: pule- kurczak, płasą- ryba i stek- po prostu stek. Oczywiście wszystko z charakterystycznym francuskim akcentem. Gdyby nie samoobsługowy barek z frytkami i sosami nasz słowniczek pewnie znacznie by się wzbogacił. Najedzeni do granic możliwośi i pełni sił wróciliśmy do niebieskiego autobusu, który zawiózł nas przed niepozornie wyglądający, biały budynek. Jednak to nie on nas interesował, ale to co było głęboko, głęboko pod ziemią. Sznur wagonów wiózł nas wilgotnymi korytarzami. Chyba nikt z uczestników wycieczki nie widział jeszcze takiej ilości alkoholu zgromadzonej w jednym miejscu. A już tym bardziej takiej ilości prawdziwego francuskiego szampana. Przewodnik opowiadał o mnichach, pracujących tam za dawnych lat i o procesie podwójnej fermentacji, którą przechodzi zawartość każdej z butelek.
Pod wieczór autobusem dojechaliśmy pod hotel sieci „Formule 1”. Chociaż nie było jeszcze późno, korytarze błyskawicznie wypełniły się długimi kolejkami do kabin prysznicowych. Z ręcznikami przewieszonymi przez ramię, kolorowymi piżamami pod pachą i kosmetyczkami zahaczonymi o ostatni wolny palec, czekaliśmy na swoją kolej jak na zbawienie. Nikt nie miał siły myśleć o nocnych wyprawach do sąsiednich pokojów, długich rozmowach czy grze w karty. Padaliśmy z nóg.
Kolejny dzień zaczęliśmy stosunkowo wcześnie. Szybka toaleta, jeszcze szybsze śniadanie kontynentalne (kawa i bagietka z dżemem lub serem) i znów w drogę. Pogoda wpasowała się idealnie w plan wycieczki. Nie ze względów naszej wygody (bo deszcz nie może być przecież przyjemny), ale ze względu na klimat. Odwiedziliśmy bowiem cmentarz Père-Lachaise, który oblany słońcem nie robiłby chyba takiego wrażenia. Podziwialiśmy przeróżne pomniki, nagrobki i krypty, jednak najwięcej czasu spędziliśmy przy grobie Chopina, który bagatela podpisany był nie jako Fryderyk, ale jako Fred. W gruncie rzeczy w porównaniu z innymi grobami miejsce spoczynku kompozytora prezentowało się dość skromnie. Ot, biały pomnik z figurą rozpaczającej kobiety i płaskorzeźbą samego artysty, przystrojony sztucznymi kwiatami, które niekoniecznie do siebie pasowały. Jednak największym zaskoczeniem okazał się być grób Jima Morrisona. Niepozorny, zupełnie ginący pośród przepięknych, wymyślnych nagrobków. Pewnie gdyby nie stojący przy nim ochroniarz, niewiele osób zwróciłoby na niego uwagę.
Z Père-Lachaise skierowaliśmy się wprost na francuski Manhattan – do dzielnicy La Défense. Ogrom lustrzanych wieżowców zapierał dech w piersiach. Kto by pomyślał, że w odległości zaledwie kilku kilometrów znajdują się dwa zupełnie inne światy? Jeden w odcieniach beżu, drugi stalowo-szary. Jeden z tradycyjnej cegły, drugi ze szkła i metalu. Jeden pełen zabytków, drugi całkowicie nowoczesny.
Paryskie metro zawiozło nas prawie na plac Pigalle. Najpierw jednak musieliśmy przejść długą ulicą, która, nawiasem mówiąc, skrzyła się blaskiem różowych neonów. :) Kasztanowców na placu Pigalle nie widzieliśmy, ale mieliśmy za to okazję pstryknąć sobie kilka zdjęć przed słynnym Moulin Rouge. Co dalej? Przepiękna, klimatyczna dzielnica Montmartre i bazylika Sacre-Coeur na wzgórzu, kolejny obiad we Flunchu i wreszcie tak długo oczekiwana wieża Eiffla. Brak słów, żeby opisać jej potęgę, blask i widok z samej góry, ale też ciągnącą się w nieskończoność kolejkę na pierwszym tarasie widokowym. Po zmroku wypłynęliśmy w rejs po Sekwanie. Głos spikera, płynący ze słuchawek przy każdym z miejsc, opowiadał historię mijanych zabytków. Na szczęście mogliśmy posłuchać opowieści po polsku. No... chyba, że ktoś wolał niemiecki, hiszpański lub chiński. Paryż nocą jest wręcz niesamowity! Piękny, jasny i naprawdę romantyczny. Szczególnie ciekawym punktem rejsu był słynny most zakochanych. Przepływając pod nim wypowiadaliśmy w myślach swoje największe marzenia, które, jak mówi legenda, spełnią się w ciągu roku. Cóż, pożyjemy, zobaczymy.
Następnego dnia odwiedziliśmy perfumerię słynnego konesera pięknych aromatów – Fragonarda. Sympatyczna Polka przedstawiła nam w skrócie historię perfum i oprowadziła po siedzibie firmy. Opuściliśmy budynek z dziesiątkami pachnących karteczek w kieszeniach, niektórzy zdecydowali się nawet na zakup choćby malutkiego flakonika prawdziwych perfum po, jakby nie było, atrakcyjnej, ale i tak niemałej cenie.
Przyszła pora na Luwr. Spędziliśmy tam kilka godzin, a i tak nie skłamię, twierdząc, że zaledwie go „liznęliśmy”. Żeby obejść całe muzeum, poświęcając każdemu zabytkowi tylko minutę, trzeba by było zwiedzać 44 dni. Bez przerwy! Mieliśmy jednak okazję podziwiać niewątpliwe gwiazdy - Monę Lizę, Wenus z Milo i waleczną Nike. Po południu udaliśmy się na spacer Polami Elizejskimi, które widziane z Łuku Triumfalnego wydawały się być długą smugą żółto-czerwonego światła.
Ostatni dzień, pomimo zbliżającego się wielkimi krokami powrotu do kraju, nie był wcale przygnębiający. Wręcz przeciwnie. Śmigając ogromną kolejką Indiany Jonesa, zwiedzając podziemne groty Piratów z Karaibów i walcząc ze złem w drużynie Buzza Astrala, nie mieliśmy czasu się zamartwiać. W Disneylandzie przez chwilkę znów poczuliśmy się jak dzieciaki... Przejażdżka filiżankami w pastelowych odcieniach, wystawa lalek ze wszystkich zakątków świata, zdjęcie z Myszką Mickey... I parada. Niesamowicie barwna, głośna i wesoła, ale też... wzruszająca. Coś wspaniałego.
Cztery dni zleciały zdecydowanie za szybko. Wróciliśmy do zasypanej mroźnym śniegiem Polski z walizkami pełnymi pamiątek i bagażem wspomnień. No i całym mnóstwem zdjęć. Wrażeń z tych kilku dni nie da się łatwo ubrać w słowa. A tym bardziej mieszcząc się na dwóch stronach A4. Nie zapomnimy Luwru, wieży Eiffela, ani ekscentrycznego Centrum Pompidou. Ale te miejsca będziemy mieli okazję odwiedzić jeszcze nie raz. A Latynosa, śpiewającego piosenkę dla Polonii, przyprószonego siwizną Afroamerykanina, wystukującego szybki rytm na czerwonym krzesełku w metrze czy niemiłego Paryżanina z restauracji, krzyczącego na nas po Francusku już nie zobaczymy... Takie drobnostki wypełniały przestrzeń pomiędzy jednym wielkim zabytkiem, a drugim i niewątpliwie uatrakcyjniały wycieczkę, czyniąc ją wyjątkową. Jestem przekonana, że od powrotu do Polski prawie każdy z uczestników wycieczki puszcza sobie od czasu do czasu „Aux Champs Élysées” i przeglądając setki zdjęć wspomina niebieski autobus, przewodnika Piotra, podwójne ronda i solówki kierowców. Yyyy... jaaaa! ;)
- Aktualności
- Historia
- Motto szkoły
- Nauczyciele
- Rada rodziców
- Samorząd szkolny
- Szkolny System Oceniania
- Wykaz podręczników
- Zasady rekrutacji
- Tematy maturalne
- Kontakt
- BIP
- Archiwum
- Strony klasowe
- Zajęcia pozalekcyjne
- Plany lekcji
- Przydział świąt
- Forum
- Upload
- Uwaga absolwenci 2007
- Dzwonki
- Kalendarz roku 2007/2008
- Przydatne linki
- Rady polonistki
